W nią wszedł

W nią wszedł

W nią wszedł palik, żeby się dobrze trzymał, ale zarazem, żeby się mógł dookoła obra­cać. Do palika musi być przytwierdzone po­przeczne ramię. Do ramienia musi być przylepiony pa­pierowy kątomierz. Do podstawki na dole też. Teraz do poprzecznego ramienia musi być przywiązana luneta. Zwinięta z czy­stej kartki zeszytu. Doskonała luneta do obserwowania gwiazd. Teleskop! Lunetę tę należy przywiązać do po­przecznego ramienia teleskopu jakimś sznurkiem. Ale sznurkiem nie można, bo jest za gruby. Obaj pracownicy naradzają się szybko. Każda chwila jest droga. — Mówię ci, nie przywiązuj sznurkiem, bo za gruby! Przerżnie lunetę — mówię ci! A więc nićmi. — Jakimi? — Czarnymi, lepiej czarnymi, bo to wygląda jak żelazne obręcze. Albo nawet stalowe! Więc nićmi. Ciężka praca: oblepione gumą arabską palce lepią się i do drzewa, i do nici, i do kątomierzy, tymczasem flacha z gęstą gu­mą arabską wywraca się raz po raz. Ale oni mają już taką wprawę z tą fla­chą! Nie podnoszą jej od razu, a dopiero po chwili, gdy już mniej więcej przy­puszczają, że gęsta ciecz dochodzi do \'kra­wędzi butli. Jeden wiąże czarne nici na lunecie te­leskopu, drugi wierci grubym świdrem dziurę w drewnianym kwadracie pod­stawki. Okazuje się, że za wielką dziurę wy­wiercił. Palik chybocze się i wywraca na wszystkie strony, przechodzi za głęboko w dół, tak że teleskop nie może teraz ustać. — Myśl! Genialna myśl — woła jeden do drugiego. — Podbijam podstawkę gwoździkami. To nawet będzie lepiej wy­glądało. Zobaczysz! Aby podwyższyć podstawkę, przybija po jednym gwoździku do każdego jej rogu. Żle obsadzony młotek spada wciąż z drzewca na podłogę. — Nie wal tak — mówię — bo rozbi­jesz tę podstawkę. Są to chwile najwyższego skupienia. Ten, który przybija gwoździe, przygryzł wysunięty język, wali dalej młotkiem i — widzę, że oddech wstrzymuje ze strachu. A potem, kiedy już te ciężkie odpowie­dzialne prace zostały wykonane, trzeba jeszcze wykonać (jak to zwykle bywa przy końcu dzieła) rzecz najsubtelniej­szą. Mała rzecz, już tylko drobiazg, a to jest właśnie najtrudniejsze! Trzeba w ów palik, tuż nad kątomie­rzem, przylepionym do podstawki, wbić małą szpileczkę, która by wskazywała ostrość kąta i odchylenie. Aparat stoi już. Już jest całkiem goto­wy. I teraz, teraz właśnie trzeba tu wbić grubym, dużym młotkiem malutką szpil­kę u nasady palika. Co który mocniej gruchnie młotkiem — cały aparat, mokry jeszcze od gumy, klaj­stru, potu — chwieje się i rozłazi. — Nie, lepiej nie bić młotkiem. Lepiej ją wbić po prostu. Jak?! Palcem. Już po kilku chwilach palce są pokrwa­wione. Trzyma się! Au mnie jeszcze nie. Daj, ja wbiję! Za nic w świecie... Naturalnie, że za nic w świecie! Trzeba samemu budować od początku do końca. Samemu wszystko wypiłować, przykleić, przyklepać, przymocować samemu, ach! — samemu, stąd, znad stołu — aż do najdal­szych gwiazd. Już nikt na to nie patrzy, dawno już opuściliśmy tę wspaniałą pracownię, gdy nagle rozlega się stamtąd wielki zwycię­ski okrzyk: — Już jest teleskop! Teleskop: z kątomierzami, obraca się wygodnie, szpileczka odznacza dokładnie wszystkie kąty. Od tej chwili żaden przedmiot — aż do kolacji — nie będzie oglądany gołym okiem. Wszystko będzie widziane dokładniej, za pomocą teleskopu. — Tylko sobie wyobraź, że na przy­kład ten gzyms albo ta kulka na gzymsie jest jakąś gwiazdą. Chcesz widzieć tę gwiazdę i chcesz poznać jej szybkość. Dla mnie to już nic nie jest! Nastawiam tele­skop i widzę doskonale, pod jakim kątem jest ta gwiazda. Obaj stoją długo przy oknie. Przez to miejskie okno ledwie widać mały skra­wek nieba. Na niebie nie ma dzisiaj gwiazd, ciemna szaruga przewala się wy­soko nad dachami. Lecz ci dwaj chłopcy

Poprzedni - I tego nie
Następny - W szarudze, przez

Strony pokrewne